Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 168
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 70
A+ A A-

Pod koniec świata w Tokio

Oceń ten artykuł
(16 głosów)

Dokładnie dwa lata temu zatrzęsło moim światem. Już na dwadzieścia jeden miesięcy przed końcem kalendarza Majów. Świat składał się z dwójki małych chłopców, japonizujących się szybciej niż rosnących na miejscowym morskim wikcie, studiów doktoranckich na prestiżowym uniwersytecie w cenie średniej klasy samochodu za semestr i trzypokojowego mieszkania, któremu architektonicznie bliżej było do domku kempingowego nad Jeziorem Otmuchowskim niż do lokum za 900 euro miesięcznie w stolicy trzeciej światowej potęgi gospodarczej (tak naprawdę dalej drugiej, ale nic nie mówcie Chińczykom). Z tą różnicą, że w Otmuchowie polskie komary dokonują nalotów na letników z wigorem niemal wiagrowym, a komarom japońskim, naćpanym wilgotnym upałem i ogłuszonym histerycznym bzykiem dogorywających cykad, nie chciało się wzlatywać nawet na poziom drugiego piętra. Niszcząca fala tsunami 3/11 zabrała życie aż po pięć kilometrów w głąb lądu, a przy okazji przegoniła i nas na drugą stronę świata. Patriotyzm nabyty nie wystarczył, by dalej żyć na wulkanie i zgrzytających płytach tektonicznych.

Dzieciom na niewiele się zdały regularne ćwiczenia w przedszkolu, a potem w szkole, na wypadek trzęsienia ziemi, bo do dziś mają traumę i boją się przyjechać do Japonii nawet na wakacje. Przepisowo schowałam się z młodszym synem pod stół, choć jak o tym potem opowiadałam właścicielowi naszego trzypiętrowego budynku, to niemal turlał się ze śmiechu. Tak go rozbawiła wizja mnie, dziecka i odwiedzającej mnie w tym niefortunnym dniu koleżanki, stłoczonych pod małym kuchennym stołem, bo w moim skromnym lokum nie ma niczego, co by mogło nam spaść na głowę poza... sufitem! A tego, razem z dachem, gdyż mieszkam na najwyższym piętrze, z pewnością nie utrzyma tandetny stół z Nitorri czy Shimachu, japońskich dalekich kuzynów Ikei. Dzieci uczono, co prawda, jak wchodzić pod ławki szkolne z ortalionową poduszką na głowie, i jak zjeżdżać z wyższych pięter budynku przedszkola specjalną zjeżdżalnią, ale nie nauczono ich rzeczy najważniejszej. Jak się zachować, kiedy stoją na podwórku i patrzą na swój budynek mieszkalny, który tak chodzi na boki, jakby miał się za chwilę zawalić, a dziecko myśli tylko o tym, czy jeszcze kiedyś zobaczy swoją mamę i młodszego brata, którzy uwięzieni są wewnątrz roztrzęsionego domu strachów.

W feralny piątek 11-go marca 2011 chłopcy wrócili ze szkoły na kilka minut przed trzęsieniem. Straszy syn, umówiony już z kolegami, rzucił tylko tornister jak odbezpieczony granat i uciekł nim jeszcze zdążyłam poprosić go o wyniesienie śmieci. Wykorzystał fakt, że była u mnie koleżanka i planowałyśmy z głowami w komputerze wiosenna podróż w plener, która miała się odbyć dokładnie za miesiąc. Chciałyśmy się spotkać z polskimi kolegami z regionu Kansai, oddalonego od stolicy o prawie sześćset kilometrów, gdzieś pomiędzy Tokio a Osaką, tak, aby każdy miał mniej więcej podobną trasę do pokonania. Nie wiedziałyśmy tylko, że z kolegami spotkamy się już za trzy dni i to na ich, stabilnym, terenie. Młodszy syn był już w drzwiach w drodze na podwórko, kiedy niepokojąco zadrżała ziemia. Pomimo, że w Japonii dochodzi średnio do 1500 trzęsień ziemi rocznie, to naprawdę nie jest tak, jak opisywała to Joanna Bator w „Wachlarzu japońskim", że za każdym razem podskakują kubki i trzeba podtrzymywać laptop, aby nie zsuwał się z biurka. Mieszkam w stolicy tego roztrzęsionego kraju od szesnastu lat, wiec chyba bym zauważyła. Większość trzęsień to jedno, dwa delikatne drgania, które odczuwa się głównie tylko wtedy, kiedy akurat jest się w bezruchu. Zgodzę się tylko, że choć taki wstrząs o świcie umarłego raczej nie wskrzesi, to żywego trzeźwego może przebudzić. Tym razem było inaczej. Na jednym wstrząsie się nie skończyło i drgania zaczęły narastać. Już po pierwszej minucie umysł zakodował, że coś jest nie tak. Czyżby od dawien dawna zapowiadane wielkie trzęsienie, do którego dochodzi co siedemdziesiąt lat w regionie Kanto, gdzie znajduje się Tokio? Archipelag wysp japońskich leży na styku czterech płyt tektonicznych: euroazjatyckiej, którą ciągnie na wschód, płyty pacyficznej uporczywie przesuwającej się na zachód, a następnie spychanej przez nie w dół płyty północnoamerykańskiej, która znowuż dociskana jest przez mniejszą płytę filipińską. W dodatku podobno pod samą powierzchnią Tokio utkwił odłamany fragment jednej z tych płyt tektonicznych, co w dużej mierze kształtuje aktywność sejsmiczną regionu. Doktor Ross Stein z amerykańskiego instytutu geofizycznego USGS podaje, że odłamek płyty o grubości 25 kilometrów zaczopował się pod japońska stolicą niczym tabletka w gardle, która nie chce przejść dalej do żołądka. Ostatnie gigantyczne trzęsienia ziemi na obszarze Kanto miały miejsce w 1703, 1855 i w 1923 roku, łącznie pochłaniając setki tysięcy ofiar.

Miasto Kessenuma


Zniszczenia powstałe w wyniku trzęsienia ziemi i fali tsunami w dniu 11.03.2011
{tab=Sendai - okolice lotniska}
Zniszczenia powstałe w wyniku trzęsienia ziemi i fali tsunami w dniu 11.03.2011

W trzeciej lub czwartej minucie wstrząsów nabrałam przekonania, że to musi jednak być ta zapowiadana apokalipsa, ale wciąż miałam nadzieje, że nasz budynek jakoś przetrwa. Jednak kiedy wstrząsy wciąż rosły na sile, a moje wąskie mieszkanko zaczęło mocno przechylać się na boki i przypominać maszt statku rozkołysanego wskutek potężnego sztormu, straciłam nadzieję i dopadła mnie panika. Bo ile może znieść taki stary budynek mieszkalny jak mój, który ma aż 26 lat? W Japonii to architektoniczny emeryt, którego podeszły wiek skutecznie odstrasza potencjalnych najemców. Wstyd mi dziś, ale wtedy zaczęłam krzyczeć, że to już koniec i że umieramy. Zrobiło mi się nagle niedobrze, a w ustach poczułam jakiś obrzydliwy smak i pomyślałam, że tak właśnie musi smakować śmierć. I wtedy nastąpił cud - wstrząsy ustały. W ciągu sekundy wszyscy zerwaliśmy się do ucieczki, ale kiedy znalazłam się na dole, dotarło do mnie, że jestem na boso, bez telefonu, portfela i kluczy do auta. Zostawiłam dzieci pod opieką koleżanki i wróciłam na górę po niezastąpione gadżety. Nastąpił pierwszy z trzech głównych wstrząsów wtórnych, o sile niewiele mniejszej od pierwowzoru, ale za to krótszy. Do dnia dzisiejszego doszło do około ośmiuset wstrząsów wtórnych, które mogą powtarzać się nawet do pięciu lat. Niestety, w moim przypadku od 11-go marca każdy, nawet najmniejszy wstrząs, powoduje napady atawistycznego lęku i jedynym remedium jest natychmiastowa ucieczka na wolną przestrzeń. Nawet w środku nocy chwytam przygotowaną torebkę, nie z woda, sucharami i latarką, jak zalecają Japończycy, ale z paszportem, gotówką i kluczami do auta, i biegnę sprintem jak Forrest Gump, nie oglądając się za siebie. Tylko to jest w stanie uchronić mnie wtedy od szaleństwa. Już nigdy nie zostanę wewnątrz żadnego budynku w czasie trzęsienia ziemi, niezależnie od tego, co nakazują spece od sejsmologii.

W Tokio wytrzymaliśmy wtedy tylko trzy dni. Po pierwszych trzęsieniach najchętniej w ogóle nie wracałabym już do mojego mieszkania - murowanej pułapki, ale wieczorem miałam lekcje angielskiego, których nauczam online z domu. Jako że w Japonii niemalże każdy powód wzięcia wolnego traktowany jest jako sabotaż i dywersja, jak co wieczór usadowiłam się przed komputerem, z tą tylko różnicą, że nie w obowiązkowej białej koszuli i marynarce, ale w kurtce puchowej, szaliku i adidasach. Gotowa do ucieczki w każdej chwili. Mój trochę średnio rozgarnięty uczeń z oddalonej o czterysta kilometrów prefektury Shiga niestety nawet nie zauważył zamiany korporacyjnego mundurka na kostium sybiraka. Zaczął odczytywać zadanie domowe monotonnym głosem, ale nie wytrzymałam przy kolejnym wstrząsie wtórnym. - Takayuki - mówię łamiącym się głosem - czy wiesz, że u nas było wielkie trzęsienie ziemi? - Tak, tak - odpowiada mój orzeł - to która to strona dzisiaj była? Japończycy mają najwyraźniej odporność psychiczną na trzęsienia ziemi zapisaną w genach od pokoleń, podobnie jak Rosjanie strach przed caratem i dziedzicami władzy absolutnej o stalowych oczach - pisał o tym Ryszard Kapuściński albo Jacek Hugo-Bader, teraz dokładnie nie pamiętam. Wreszcie lituje się nade mną trzeci uczeń z kolei, ale dopiero, gdy w akcie desperacji  przekręcam kamerę wideo na dzieci siedzące obok, też w kurtkach i skrajnie już zestresowane. Zwolniona z posterunku nauczycielki angielskiego w warunkach specjalnych, schodzę z uradowanymi synami na niższe piętro do koleżanki, gdzie na podłodze koczuje już cała nasza emigracyjna grupa: Hiszpanka z synem, Polka i dwie Irlandki: matka z dorosłą córką. I tak już zostaniemy przez najbliższe kilka dni: pięć kobiet i troje dzieci stłoczonych na powierzchni sześciu mat, czyli dziewięciu metrów kwadratowych. Za to przed 52-calowym telewizorem, nastawionym na kanał japońskiej telewizji, która nadaje wiadomości z miejsca tragedii przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Co kilkadziesiąt minut paraliżuje nas upiorny sygnał wczesnego systemu ostrzegania, a na ekranie pokazuje się na wąskim pasku informacja o sile nadchodzącego trzęsienia i przybliżonej lokalizacji. Gdy trzęsie w okolicach Tokio lub w pobliskiej prefekturze Chiba, wybiegamy zbiorowo na dwór. Oczywiście z domów japońskich nie wybiega nikt. Moi synowie byli zszokowani, gdy widzieli swoich kolegów siedzących na schodach naszego budynku i zawzięcie grających na swoich Nintendo podczas wstrząsów o sile przynajmniej 5-ciu stopni w skali Richtera. W nocy dziewczyny nie wytrzymują napięcia i wyciągają butelkę wódki. Ja, kierowana instynktem rodem z filmów katastroficznych, których jestem namiętną wielbicielką, jadę na stację benzynową i tankuję do pełna. I to jest bingo, bo już następnego dnia, po pożarze rafinerii w Chiba, większość stacji paliw zostaje zamknięta, a przed tymi, które jeszcze funkcjonują ustawiają się kilkukilometrowe kolejki, pomimo reglamentacji w liczbie pięciu litrów na pojazd. Pełen bak przydaje się jak złoto w poniedziałkową noc, kiedy nie działają już żadne środki komunikacji miejskiej, a my w jednej chwili decydujemy się jednak na ewakuację do Osaki.

Co godzinę czołowi przedstawiciele firmy TEPCO, która posiada monopol na produkcję i dystrybucję energii elektrycznej w tej części kraju, uczestniczą w emitowanej na żywo konferencji prasowej.  Informują o rozwoju wypadków w uszkodzonej przez tsunami eletrowni atomowej we Fukushima. Z pokerowa twarzą , choć między sobą rozważają opcję ewakuacji trzydziestu pięciu milionów mieszkańców Tokio i okolic.  Towarzyszy im ówczesny rzecznik japońskiego rządu, Yukio Edano.Ten sam,  który okłamał Japonię 13-go marca i nie poinformował o stopieniu się rdzenia w bloku reaktora numer 3. Edano ośmieszył się ponadto stwierdzeniem,że „nawet jeżeli ludzie napiją się trochę skażonej wody, to nie będzie to miało dla nich długoterminowych skutków zdrowotnych". Według agencji Kyodo, woda pitna w Tokio zawierała wtedy 120 bekereli radioaktywnego jodu 131 na litr wody przy dopuszczalnej normie dla dzieci 100 bekereli.

Ostatecznie do ucieczki skłania nas mina zbitego psa na twarzy jednego z inżynierów zatrudnionych w elektrowni we Fukushima.Okazywanie emocji to raczej rzadkość i oznaka braku profesjonalizmu w Kraju Wschodzącego Słońca, a więc wyraz kompletnego załamania i nieskrywanej rozpaczy na twarzy nieszczęsnego inżyniera, którego nota bene, więcej już w telewizji nie widziano, był sygnałem, że stało się chyba najgorsze. Dałam nam dwadzieścia minut na przygotowanie do podróży, a dzieciom pozwoliłam spakować się samodzielnie, co było błędem, gdyż zabrały żółwia razem z terrarium, ale piżam i bielizny na zmianę już nie. Pomimo kilku nieprzespanych nocy, 560 kilometrów do Osaki przejechałam bez łyka kawy na czystej adrenalinie, ponaglana przez wstrząsy wtórne, które były zwłaszcza przekonywujące w trakcie przejeżdżania przez kilkukilometrowe tunele, wydrążone w górach południowych Alp w prefekturze Yamanashi. Instynkt mnie nie zawiódł. Dopiero kilka tygodni później media podały, że właśnie w tę noc, z 14-go na 15-go marca, nad Tokio przeszła wielka radioaktywna chmura.

3 komentarzy

  • zbigniew cichon

    Jak jakąś powieść czytałem :). Ważne że już minęło że to tylko wspomnienia.A Życie jest bezwzględne

    zbigniew cichon Link do komentarza
  • Fabiola Tsugami

    Miła Zirtael,

    Bardzo dziękuje za Twój pokrzepiający komentarz - dodałaś mi skrzydeł i będę myślała o książce. Mam nadzieję, że nie tylko myślała ;)

    Przypuszczam, że Japończycy mają we krwi spokojne reakcje na wiele zjawisk...Ale może to właśnie w tym tkwi ich siła.

    Fabiola Tsugami Link do komentarza
  • Zirtael

    Przeżycia straszne. Japończycy na prawdę mają we krwi spokojne reakcje na trzęsienia ziemi...
    / Masz genialny styl pisania, czytając nie potrafiłam się oderwać. Marzeniem byłoby przeczytanie napisanej takim stylem książki o życiu w Japonii. :P

    Zirtael Link do komentarza

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się