A+ A A-

Rok szczura czy rok lesbijki? Czyli o płynności orientacji i o demokracji

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
Drodzy Czytelnicy, jeżeli miłość dwojga osób tej samej płci wzbudza w Was nieskrywane obrzydzenie, obraża uczucia religijne lub uważacie, że "homosie" powinni być izolowani od reszty społeczeństwa (raczej leczeni niż zamykani w więzieniach, bo tam dopiero by sobie poużywali) to proponuję, abyście już w tym momencie zaprzestali lektury tego artykułu. Jeżeli Paniom kobiety kochające kobiety kojarzą się ze zboczonymi "lesbami" o aparycji babochłopa, natomiast Panowie na myśl o seksie rozochoconych lesbijek, czują suchość w ustach i zaczynają im się pocić ręcę, to także proponuję przejść do następnego artykułu. Natomiast jeśli należycie do grona osób, które są pobudzone nie tylko seksualnie,ale także intelektualnie i dopuszczacie myśl, że są ludzie, którzy w związkach uczuciowych kierują się wyłacznie głosem serca, a nie samą anatomią to ten artykuł jest właśnie dla Was.

Charles Ayres "Charlemagne", 30-letni Amerykanin (absolwent Uniwersytetu Sophia) prowadzący program telewizyjny "Tokyo MX's Goji-ni Muchu", nawiązując do furory jaką robi na Archipelagu serial o lesbijkach "The L word" stwierdził, że rok 2008 nie powinien się Japończykom kojarzyć z Rokiem Szczura, tylko z Rokiem Lesbijki. Podobnie jak Ayres oswaja z gejami i walczy z japońska homofobią w swoim kontrowersyjnym programie, tak "The L word" idzie przez świat jak safickie tsunami i łamie stereotypy o lesbijkach. Tytułowe "L" serialu reprezentuje lesbian, love, liberal. Serial od 2004 r. opowiada o codziennym życiu, przyjaźni, związkach uczuciowych i macierzyństwie kobiet, które otwarcie kochają "inaczej", choć niekoniecznie mniej głęboko. Lesbijki wreszcie doczekały się produkcji filmowej bardziej romantycznej niż erotycznej, w której ukazane są jak normalni ludzie, a nie jako perwersyjne "lesby", czy co gorsza, obiekt wyuzdanych fantazji erotycznych niektórych panów. "The L word" jest często odbierany jako reakcja społeczności lesbijskiej na "Sex w Wielkim Mieście". W prawie całym świecie, od Australii, poprzez kraje takie jak Filipiny, Rosja czy Bułgaria, aż po Amerykę Łacińską serial emitowany jest w lokalnych stacjach telewizyjnych. W Japonii "The L word" można wypożyczyć nawet w Tsutayi na przedmieściach Tokio. Natomiast dbałość cenzorów moralnej poprawności w Polsce o "heteryczną" czystość narodu przywodzi na myśl porównanie z ortodoksją praktykowaną w reżimach typu Iran czy Afganistan. Swego czasu rzecznik TVN-u, w odpowiedzi na petycję z prośbą o emisję (musiało aż dojść do petycji w sprawie serialu, który bije rekordy oglądalności w niejednym kraju?) stwierdził lakonicznie - "nie planujemy zakupu tego serialu". Tomasz Raczek w swoim filmowym blogu pisze, że tego typu seriale, będące przewrotem obyczajowym w formie artystycznej, mają moc sprawczą i pomagają obalać zużyte schematy oraz pokonywać homofobię. Ale jego opinia przecież się nie liczy, bo to też gej. Po co komu taka rewolucja obyczajowa? Czy nie łatwiej wierzyć jak dzieci, że świat znika, gdy zamykamy oczy?

Ciekawe czy osoby rządzące są świadome jak bardzo polska dyktatura dusz, odmawiając poznania "owocu zakazanego", podrażnia apetyt ciekawości odbiorcy i popycha go do korzystania z piractwa w sieci. W Polsce nie tylko "leski", ale także "heterycy" wykazują się dużą inwencją w zdobywaniu nielegalnych kopii półkowników, wstrzymanych przez wewnętrznych cenzorów medialnych. Foremka "Gusto" wypowiada się na forum portalu Kobiety Kobietom: "Serial ściągnął mi i udostępnił kumpel, który jest jak najbardziej hetero. Zanim podrzucił płytkę z 3 odcinkami, napomknął delikatnie, że serial jest hardcorowy i czy na pewno chcę go oglądać". Inna foremka, "Moniszta", pyta: "czy wie ktoś, gdzie mogę we Wrocławiu kupić DVD z tym serialem? męczy mnie ściąganie z łączem 128kbps (max transfer 16kb), a taką płytkę chetnie bym sobie sprawiła. Szukałam na ebayu i allegro, i lipa!" Czytając setki komentarzy młodych Polaków odnosi sie wrażenie, że minęły już czasy, kiedy polski widz wyposzczony przez komunę, począwszy od lat 90-tych łapał każdą serwowaną mu papkę typu "Moda na Sukces", a dziś nie musi już ograniczać się do "Klanu" albo "Plebanii".

Zainteresowanie i emocje, jakie wywołują pozycje filmowe typu "The L word" czy ponoć jeszcze bardziej oryginalne "Queer as folk" ("Ciota też człowiek") są nie tylko dowodem na odczuwalne luki w repertuarze, ale też i na to, że Polacy o orientacji "niepoprawnej" mają już dość życia w heteromatrixie, jąkania się przy słowie "gej"i przepraszania za swoje istnienie. Tym bardziej nie zamierzają się leczyć jak im to proponuje jeden arcybiskup, który z uporem twierdzi, że akceptacja mniejszości seksualnych to bierna postawa. Na poparcie swojej tezy podaje alternatywę - terapia w "Odwadze", ośrodku Fundacji "Światło-Życie" na lubelskim Sławinku, który od maja zeszłego roku z powodzeniem uzdrawia gejów i lesbijki. I to nawet z kilku dewiacji naraz, jak wyznaje jeden z cudownie uzdrowionych: " Pan Bóg od razu mnie wysłuchał. Dał mi siły, żebym zerwał wszelkie kontakty ze środowiskiem gejowskim, z pornografią, z masturbacjami" (Dziennik,2008, nr. 199). Gwoli sprawiedliwości, pomimo że na homoseksualizm lekarstwa dotąd nie wynaleziono, pornografia to zbyt lukratywny interes by go raz na zawsze zlikwidować, to gdyby się uprzeć są lekarze-chirurdzy zdolni skutecznie wyleczyć z onanizmu - poprzez amputację obu dłoni...

Sceptyczne reakcje seksuologów, którzy cierpliwie tłumaczą, iż homoseksualizm to nie choroba, a więc nie można go leczyć, zdają się być głosem na puszczy. A w puszczy tej opinie seksuologów często bywają zagłuszane przez specjalistów z innych dziedzin. Wystarczy poczytać w ANGORZE felietony pewnego polityka (szczególnie polecam tegoroczny nr. 15), dyżurnego eksperta kraju od "Żydków" i "homosi", o ile nie przeszkadza Wam fakt, iż ewidentnie myli on homoseksualistów z transwestytami (sic!). Ale może wytykanie niewiedzy politykowi i magistrowi filozofii jest nietaktem w kraju, w którym inklinacje do homofobii zdają się być wspólną płaszczyzną, łączącą wielu prawicowców sceny politycznej? Nieraz trudno oprzeć się wrażeniu, że dzięki kilku polskim politykom, w dodatku o wykształceniu prawniczym, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka pracy nie zabraknie i pod naszą szerokością geograficzną. Jako przykład - historia irlandzkiego teologa, Brendana Faya i wybitnego onkologa-hematologa, Thomasa Mounltona, czyli małżeństwa, w którym było o jednego pana młodego za dużo. W emitowanym przez polską telewizję orędziu prezydenta L. Kaczyńskiego do narodu pokazano zdjęcie ślubne i kopię aktu małżeństwa pary Fay-Moulton w tle jego słow o rzekomym zagrożeniu dla Polski ze strony Uni Europejskiej, jakim są małżeństwa tej samej płci. Pech chciał, że Brendan Fay to nie szeregowa "ciota", ktora sobie najwyżej poszlocha w kącie, bo splugawiono pamięć najbardziej wzruszającej chwili w jego życiu, a dobrze znany w Nowym Jorku aktywista, od lat walczący o prawa gejów i lesbijek. Abstrahując od orientacji małżonków, gdyby ktoś z ludzi prezydenta respektował zasadę, że do rozpowszechniania wizerunków osób prywatnych czy publicznych wymagana jest ich zgoda, nie byłoby wsypy i kolejnego kroku do tyłu przy wchodzeniu do Europy. Dobrze, że przynajmniej mamy Kraków, który ostatnio promuje się jako gey-friendly, a w lipcu 2010 roku będzie siedzibą kolejnej edycji gejowskiego festiwalu EuroPride. Złośliwi mówią, że miasto ma nóż na gardle po tym jak przez mało rozsądną politykę zniechęciło tanie linie lotnicze, które z Krakowa przeniosły się do Katowic. A wiadomo, że gej to na ogół klient bogaty. Sama społeczność lesbijsko-gejowska również podchodzi do koncepcji coming outu Krakowa z dużym dystansem, obawiając się, że ściąganie lesbijek i gejów do "stereotypowej stolicy kołtunerii i wstecznictwa" może opinii Polaków-Europejczyków bardziej zaszkodzić niż pomóc. "Czy przyciągać gejów ma rzucająca w nich kamieniami Młodzież Wszechpolska?"- pyta na portalu dla mniejszości seksualnych aut or artykułu "Kraków myśli że zarobi na gejach".

Patrząc obiektywnie na polskie trudności z potraktowaniem społeczności homoseksualnej na równi z heteroseksualną, należy podkreślić fakt, iż nasz kraj po wybudzeniu z PRL-owskiej hibernacji zmuszony jest przerabiać kurs praw człowieka w błyskawicznym tempie. Czasem słyszy się komentarze jakoby "awangarda ruchu homoseksualnego" była wyrazem mody, jaka zapanowała w liberalnym świecie na bycie gejem lub lesbijką. Argument o tyle rozbrajający, iż nie ma dowodu na to, aby ktoś usiłował wmawiać, że homoseksualizm jest lepszy od heteroseksualizmu, bo postępowy. Ruchy dążące do legalizacji partnerstwa lesbijek i gejów oraz ich obecności w społeczeństwie poruszany jest w USA co najmniej od lat pięćdziesiątych, a w Europie jeszcze wcześniej. Nie chcę być tu posądzona o ironię, ale w kraju, gdzie przysłowiowy Kowalski wstydzi się kupić prezerwatywy w aptece, a Kowalska tym bardziej, więc wybiera rodzenie mu czwartego lub piątego, już naprawdę mniej "oczekiwanego" dziecka w rodzinie, potrzeba dużo czasu oraz cierpliwości w obalaniu mitów i uczeniu akceptacji wobec mniejszości seksualnych. Trudno oczekiwać od społeczeństwa, które jeszcze tkwi w pruderyjnym zakłamaniu wobec jednej z nieodłącznych sfer życia (seksualności człowieka) w "dozwolonym" wydaniu heteroseksualnym, aby z marszu zaakceptowało INNY jej wariant.

Herodot z Halikarnasu, określany przez cywilizacje zachodnie mianem "ojca historii", żył w czasach kiedy badacze musieli opierać się niemal wyłącznie na własnych spostrzeżeniach i ustnych relacjach mieszkańców odwiedzanych krain. Wiele podrózując po starożytnym świecie dotarł m.in. do opanowanych przez Persów Egiptu i Babilonii; Grecji Właściwej, Itali, Macedonii, a nawet do stepów nad Morzem Czarnym. Był pierwszym Europejczykiem, który podszedł do barbaros (u starożytnych Greków neutralne określenie cudzoziemca, jak polskie "Niemiec" - bo "nie mówi" po naszemu bez pogardy i nienawiści, starając się ich poznać i zrozumieć. Jak to ujął Ryszard Kapuściński, "ksenofobia, zdaje się mówić Herodot, to choroba wystraszonych, cierpiących na kompleks niższości, przerażonych myślą, że przyjdzie im przeglądnąć się w zwierciadle kultury Innych". Logika zawarta w zacytowanych słowach przywodzi na myśl skojarzenie z teorią "wyparcia", wedle której homoseksualizm jest często najgorliwiej piętnowany przez ludzi, którzy usiłują stłumić własne nieakceptowane potrzeby homoseksualne w myśl zasady, że najciemniej pod latarnią. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, być może bojownicy walczący o uznanie homoseksualności za dewiację wierzą, że potrzeby ludzkie muszą być restrykcyjnie ograniczane. W przeciwnym razie, jeżeli zmodyfikuje się przepisy prawno-społeczne i zapewni tym samym równe prawa ludziom niezależnie od orientacji seksualnej, "prawdziwa natura człowieka" dojdzie do głosu i każdy będzie mógł zostać gejem? Ale politycy i inni obrońcy moralności to nie artyści ani poeci, więc raczej nie należy spodziewać się, że kiedyś choć jeden z nich "wyjdzie z szafy". Cytat dotyczący ksenofobii pochodzi z jednej z ostatnich książek Kapuścińskiego "Ten Inny", która powinna być lekturą obowiązkową dla osób nie tylko ze skłonnościami do europocentryzmu, rasizmu, ksenofobii, antysemityzmu, islamofobii, itd. Z równym powodzeniem mogłaby uczyć tolerancji ludzi podatnych na homofobię, u której podłoża, podobnie jak w wymienionych przypadkach, zdają się leżeć brak wiedzy, lęk przed poznaniem i kompleksy. Nie ma jednak obaw, że lektura mego artykułu skłoni Czytelników do "poznania", bo nikt jeszcze nie został gejem czy lesbijką od czytania, słuchania czy rozmawiania o homoseksualności. Artykuł lub książka może jedynie poszerzyć wiedzę i będę usatysfakcjonowana, jeżeli moja próba zmierzenia się z negatywnymi stereotypami choć odrobinę pomoże wyzbyć się uprzedzeń.

Postawy Polaków bardzo powoli, ale jednak ulegają zmianie. Wojna ideologiczna w atmosferze histerii i wrogości nie może trwać wiecznie. Zwłaszcza, że homofobi czy też polemiści, jak sami wolą siebie nazywać, zdają się już sięgać po ostatnie pozostałe im argumenty. Przewidując, że "nawet geje się kiedyś medialnie zdewaluują" pytają - co dalej? Czy następni w kolejce będą sado-masochiści czy zoofile? Jak już przyznamy gejom i lesbijkom prawa zawierania związków to może w konsekwencji takiej liberalizacji koła jeździeckie lub związki kynologiczne zaczną postulować przyznawanie im praw do ożenku z ukochanym koniem czy wiernym psem? Życie bywa okrutne, pół biedy gdy człowiek rozczaruje się jedynie do płci przeciwnej. Gorzej, gdy zwątpi w ludzi jako ogół, bo bywają wredni i fałszywi, i dojdzie do wniosku, że może już tylko ufać czworonożnym przyjaciołom. Co ma zrobić ktoś samotny, kto dzieli życie tylko z kotem i postanowi się z nim hajtnąć w celu zapewnienia pupilowi prawa do dziedziczenia, bo inaczej majątek przepadnie?

Pozostaje mieć nadzieję, że przeciwnicy równych praw dla obu orientacji już niedługo przestaną odwoływać się do "prawa naturalnego", a zaczną uwzględniać prawa człowieka. Są już pewne symptomy takiej transformacji w prasie. Piotr Semka w polemice z M. Domagalik, chyba w myśl politycznej poprawności, zarzuca aktywistom ruchu homoseksualnego zamykanie ust osobom niepopierającym mniejszości seksualnej "moralną maczugą", jaką - według niego - stało się hasło "homofob". Czyżby p.Semka postulował dopisanie wyrazu "homofob" do słownika wyrazów politycznie niepoprawnych obok słów "mama" i "tata" (jak np. w Kalifornii), które mogą obrażać homorodziców? Jako zamiennik kontrowersyjnych "homofobów" woli używać określenia "polemiści" (ale prosi - byle nie "w szatach inkwizytorów"). W imieniu polemistów protestuje przeciwko traktowaniu ich jako "ciemnej dziczy, którą trzeba zmusić do zaakceptowania czegoś, czego nie akceptują" i radzi zastanowić się, "w jakim stopniu czyjeś rozumienie wolności nie narusza poczucia wolności innych". Problem polega na tym, że własne przekonania (lubi/nie lubi) są sprawą prywatną, a regulacje prawne - domeną publiczną. Potraktowanie na równi obu orientacji pod względem psychologicznym, społecznym i prawnym to jednak nie to samo, co wewnętrzna akceptacja. Gdyby prawo równało się społecznemu obowiązkowi wewnętrznej akceptacji (polubienia Innych), to pewnie do dziś byłyby w USA osobne miejsca na tyłach autobusów dla kolorowych obywateli, Żydzi mieszkaliby w gettach, a mali Romowie zamiast uczyć się abecadła w szkole nadal koczowaliby w taborach.

Debata o legalizacji partnerstwa par homoseksualnych to kolejny etap w kształtowaniu polskiej demokracji, systemu politycznego pełnego niedoskonałości, ale jak powiedział W. Churchill, "nikt dotychczas lepszego nie wymyślił". Starożytne Ateny, miasto-państwo, które pierwsze wprowadziło rządy ludu w V w. pne, mianowały się demokracją, ponieważ wszyscy obywatele mogli brać udział w podejmowaniu decyzji politycznych. Jednak jako, że kobiety, niewolnicy i mieszkańcy obcego pochodzenia nie mieli prawa głosu, "obywatele" stanowili mniej niż jedną czwartą dorosłej populacji. Znany polski polityk konserwatywny pisze w swoim blogu: "nie byłoby żadnej homo-kwestii, gdyby geje jej sztucznie nie stworzyli". Czyżby genezą problemu nie były jednak uprzedzenia i wątpliwości co do "normalności" homoseksualizmu, a prawo do głosu, demokracji? Czytając blog wspomnianego polityka śmiało można wyciągnąć takie właśnie wnioski: "problem w tym, że ja nie mam w zasadzie żadnego stosunku do homosiów... do głowy by mi nie przyszło pisać, że homoseksualizm NIE jest naturalną formą (podobnie jak nie przychodzi mi to do głowy w kwestii np. "złotego deszczu") gdyby nie te wrzaski, że mam obowiązek uznać go za formę naturalną!" Może faktycznie rozsądniej by było na razie postawić na edukację, zamiast na manifestacje i wstrzymać "wrzaski"? Nawet na pozór konserwatywna i prawicowa Japonia, na państwowym edukacyjnym kanale NHK-3, emituje programy (np. w dn. 25.VIII o godz. 20:00) z udziałem gejów i lesbijek, którzy łagodnie apelują o tolerancję i o stworzenie im warunków do życia zgodnego z wewnętrzną prawdą. A gdy i polska telewizja wprowadzi rzeczowe programy edukacyjne i opadną emocje, to politycy, moraliści i "polemiści" wreszcie będą mogli sobie spokojnie przemyśleć całe zagadnienie. Będzie to też okazja do zweryfikowania własnej orientacji, bo do rozpatrzenia dochodzi jeszcze alternatywa biseksualności. A.Kinsey twierdził, że wiekszość ludzi nie jest ani w 100 % heterseksualna ani homoseksualna, ale znajduje się być gdzieś, na opracowanej przez niego 6-cio stopniowej skali, pomiędzy 0 a 6. Jeżeli wierzyć Amerykańskiemu Stowarzyszeniu Psychiatrycznemu, to większość z nas ma bardzo ograniczone (lub żadne) poczucie świadomości wyboru własnej orientacji seksualnej.

Dodatkowe informacje

  • Przypisy: 1 od Safony z Lesbos, największej poetki Starożytności
    2 "Coming out" znaczy odkrywanie się z prawdziwą orientacją seksualną
    3 w czasach rzymskich Peronium, a obcenie Bodrum w Turcji
Ostatnio zmieniany

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się